RSS
czwartek, 31 marca 2011

Mimo że sam przecież uczę podejścia systemowego w psychoterapii, zawsze się zastanawiam, co to właściwie znaczy myśleć systemowo? Czym się wyróżnia to podejście? Jakie są jego zasadnicze tezy? Niby każdy terapeuta mniej więcej wie, co to jest podejście systemowe, ale wydaje mi się, że kiedy głębiej „wgryźć się w temat”, odpowiedź na to pytanie zaczyna być coraz mniej jasna i rodzą się kolejne znaki zapytania. Jestem czasami tak zmęczony tymi znakami zapytania, że bezradnie rozkładam wobec nich ręce i decyduję się spytać o to moich studentów (których uczę podejścia systemowego, co za wstyd!): no to co to właściwie znaczy to myślenie systemowe? Oto jedna z odpowiedzi, którą ostatnio otrzymałem od pani dr Emilii Jędraszek (której dziękuję za zgodę na wykorzystanie jej pracy).

Krzysiu za chwilę opowiem ci co kryje się za tajemniczo brzmiącą nazwą – myślenie systemowe.

W drewnianym domku, na skraju pięknego lasu mieszka trzyosobowa rodzinka Pędzlaków: Tata, Mama i Jaś. Wszyscy bardzo lubią malować obrazy. Ulubionym kolorem Taty jest niebieski, Mamy – żółty a Jasia – czerwony. Tata często maluje wielkie, niebieskie wieżowce. Pewnie dlatego, że jest budowniczym i w swojej codziennej pracy montuje wielkie okna do takich drapaczy chmur. Mama najchętniej maluje słońce i plaże. Bardzo nie lubi, gdy pada deszcz, jest pochmurno i mokro. Woli za to wakacyjny wypoczynek na słonecznej plaży nad morzem. Jasiu często ogląda programy przyrodnicze na kanale Discovery stąd na jego rysunkach odnajdujemy między innymi wulkany po których spływa gorąca, czerwona lawa oraz piaszczystą powierzchnię Czerwonej Planety – przez naukowców zwanej Marsem.

Raz w tygodniu Tata, Mama i Jaś malują razem wspólny obraz. Każdy posługuje się swoim ulubionym pędzlem i ulubionym kolorem. Nie jest ważne kto zaczyna bo kolory i tak mieszają się ze sobą dając zupełnie nowe barwy. Gdy na niebieskiej ławce namalowanej przez Tatę, Mama chce narysować żółtą farbą kwiatki, okazuje się, że kwiatki uzyskują kolor zielony. Kiedy natomiast Jasiu maluje swoją czerwoną farbą usta, nos i oczy słoneczku namalowanemu przez Mamę, okazuje się, że pojawia się nowa barwa na obrazie – kolor pomarańczowy. Bardzo ich cieszy to wspólne malowanie i nowe kolory, które powstają na obrazie.

Czasami jednak Tata, Mama lub Jaś podczas wspólnego malowania położą za dużo swojej farby na płótnie i pojawia się problem, bo kolor który powstaje z takiego połączenia jest brzydki i trzeba się wspólnie zastanowić jak to przemalować, jakiej farby dodać, by kolor był z powrotem piękny. Gdy sami nie potrafią znaleźć rozwiązania tego problemu, pomaga w tym Babcia, która od czasu do czasu odwiedza malarską rodzinkę. Przygląda się wtedy obrazowi, chwilę zastanawia się a następnie bierze do ręki swój pędzel i ulubionym białym kolorem wprowadza drobne poprawki na obrazie namalowanym przez rodzinę Pędzlaków. Obraz staje się inny a Mama, Tata i Jaś wspólnie pracują nad naprawieniem brzydkich miejsc, które wcześniej pojawiły się na ich obrazie.

Następnie wszyscy siadają na wygodnej kanapie, piją i jedzą swoje ulubione potrawy, po czym opowiadają o stworzonym przez siebie obrazie. Bardzo lubią ten wspólny czas, ponieważ historie są bardzo ciekawe i zaskakujące. Często okazuje się, że każdy widzi coś innego i mówi w zupełnie odmienny sposób o tym samym obrazie. Czasami nawet dochodzi do kłótni o to, czyja opowieść jest najciekawsza i najwłaściwsza. Wtedy ponownie pomocna okazuje się Babcia mówiąc, że każdy ma prawo dostrzegać w tym obrazie coś zupełnie innego.

Państwo Pędzlakowie lubią też malować obrazy o różnych porach dnia. Okazuje się bowiem, że inny obraz powstaje, gdy malują o wschodzie Słońca, inny w południe, a jeszcze inny, gdy swe wspólne dzieło tworzą o zmierzchu. Z wielkim zaciekawieniem obserwują jak intensywność promieni słonecznych zmienia odcienie barw. O świcie obrazy mają jakby niebieską poświatę i najbardziej podobają się Tacie. W południe, kiedy Słońce najmocniej świeci, obraz staje się bardziej żółty i wszystko na obrazie staje się bardzo jasne. To oczywiście podoba się Mamie. Wieczorem natomiast, gdy Słońce chyli się ku zachodowi, barwy na obrazie przybierają jakby czerwony odcień. Jest to ulubiona pora Jasia.

Myśleć systemowo, Krzysiu, to myśleć nie o obrazie Taty, nie o obrazie Mamy, nie o obrazie Jasia, ale o ich wspólnym wielokolorowym obrazie. To, co jest ważne, to ich wspólne dzieło, które malują razem. Każdy z nich jest inny, maluje inną farbą, innym pędzlem, w inny sposób, ale liczy się to, co oni tworzą razem. Ważne jest to, co powstaje na płótnie z ich wspólnej pracy – zmieszane barwy, nowe kolory, pokrzyżowane ślady pędzli oraz czas, w którym ten wspólnie malowany obraz pojawia się na płótnie.

Myśleć systemowo, to nie tylko myśleć o wspólnym obrazie Mamy, Taty i Jasia, ale także dostrzec rolę Babci – uważnego obserwatora tej wspólnej pracy rodziny Pędzlaków. To przecież ona pomogła im dostrzec niedociągnięcia na namalowanym wspólnie obrazie oraz naprowadziła ich na sposób ich naprawienia.

21:44, pozadomem
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 kwietnia 2010

Nie byłoby sensu wciągać Czytelnika w niesmaczne szczegóły diety i tracenia kilogramów, gdybym jednak w końcu naocznie nie przekonał się, że odchudzanie ma sporo wspólnego z psychoterapią, ba, nawet z terapią rodzin. Otóż po docinkach ze strony najbliższych typu: „moje ty Doppio” lub „jest Ciebie więcej do kochania” – postanowiłem wziąć się za siebie. Coraz więcej facetów w moim wieku obrasta tłuszczem, a ja zdecydowanie nie chcę dołączyć do tej większości. Postanowiłem zatem przejść na dietę, a że absolutnie nie mam czasu na przygotowywanie posiłków, bez mała pół swojej pensji uniwersyteckiej przeznaczyłem na chude posiłki, które codziennie rano są mi dostarczane w pięciu pudełeczkach. Wbrew pozorom, największą przeszkodą w trzymaniu się diety i nie dojadaniu okazali się najbliżsi. A oto ich reakcje:

„Czy na pewno Ciebie na to stać?” lub „Wiesz, póki co możemy sobie pozwolić na tego typu diety, ale idzie kryzys…”

Teściowa: „Ale ja bym ci zrobiła smacznej!”, „A czy Ty wiesz, co tam pchają, przygotowując te posiłki”

Przyjaciółka: „Wiesz, czytałam na forum, że te posiłki nie zawsze są świeże” lub „To pewnie robota konkurencji, ale napisali, że czasami niektóre potrawy są spleśniałe!”

OK. – zniosłem nawet te upokorzenia przed znajomymi w trakcie imprez, gdzie niby przez przypadek (podobno) wyrywało się najbliższym (do innych, jeszcze niezorientowanych): „O dzisiaj sobota. To dzisiaj nie dostarczają Tobie jedzenia. Dzisiaj możesz zjeść trochę więcej, biedaku” – przy czym było to powiedziane takim tonem, jakby świat miał się dowiedzieć: „O, Szymon zaczął miesiączkować!”.

Dobiła mnie jednak moja matka, która w rozmowie telefonicznej powiedziała: „Mój Boże, to wspaniale, że schudłeś 8 kg, ale tak się denerwuję, że znów przytyjesz…”…. No comments!

23:54, pozadomem
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 lipca 2009

Lubię posłuchać, co ludzie mówią o nas – terapeutach. Nie zawsze jest to może bardzo miłe, ale myślę, że warto przejrzeć się w zwierciadle czyichś słów. Pomijam oczywiście głupawe żarty (zresztą wciąż te same), które po prostu mnie nudzą. Ludzie, wymyślcie w końcu coś bardziej ciekawego. Pomijam też generalne uwagi typu „Wszyscy terapeuci mają sami ze sobą kłopoty” – takie stwierdzenia po prostu nie pomagają mi lepiej zrozumieć moich/naszych niedociągnięć, błędów, śmiesznostek. Czasami jednak złości mnie coś, co nazywam na swój użytek grami terapeutycznymi.

Opiszmy jedną z nich. Gdy byłem dzieckiem, moja matka, starając się mnie wychować na człowieka kulturalnego, chadzała ze mną do opery. Jej instytut rozprowadzał specjalne karnety, które gwarantowały wejście do Teatru Wielkiego w Warszawie na określone przedstawienia. Różnie wspominam te przedstawienia. Zapamiętałem „Jezioro Łabędzie”, na którym – nie wiem z jakiego powodu – byliśmy ze trzy razy. Nie był to okres prosperity naszego baletu i strasznie mi się nie podobało, że tańczą nierówno. Ale nie o tańcu!

Raz „z powodu karnetu” trafiliśmy na premierę „Czarodziejskiego Fletu”. Opera dostojna z kilkoma „hitami”.

Mama się trochę krępowała, gdyż nie mieliśmy odpowiedniego stroju na premierę. Blisko nas siedział ś.p. Waldorf, który gromadził wokół siebie ożywioną, acz nastawioną refleksyjnie grupę melomanów. W trakcie antraktu, gdy matka ukryła się w „gotowalni”, ja podsłuchiwałem rozmowy grupy Waldorfa. Byłem smarkacz i nic oczywiście z tej rozmowy nie rozumiałem (wątpliwe, czy i dzisiaj bym coś zrozumiał). Pamiętam jednak, że niemalże co drugie słowo powtarzane przez kolejne osoby brzmiało: TO INTERESUJĄCE! Gdy już wszyscy znudzili się przymiotnikiem interesujący, podjęli odmieniać GŁĘBIA SCENY. Kiedy podzieliłem się z matką uwagą o głębi sceny, zaczęła się śmiać ze mnie (ale w domu sama powiedziała ojcu o głębi sceny).

Co to ma wszystkiego wspólnego z psychoterapią? Otóż ma. My terapeuci mamy swoje ulubione wyrażenia, które z lubością obracamy w naszych terapeutycznych ustach. Jedno z takich powiedzonek brzmi: „Zainteresowało mnie…” Ja nie mam nic przeciwko zainteresowaniu – wprost przeciwnie, sam uczę studentów, że zaciekawienie jest koniecznym stanem umysłu dobrego terapeuty. Tylko, iż „zainteresowało mnie” czasami pokrywa brak refleksji, własnej oryginalnej myśli, obserwacji. Pomijam milczeniem te sytuacje, w których „zainteresowało mnie” maskuje znudzenie lub jest wyrazem mechanicznego użycia „poprawnie politycznego” (w kontekście psychoterapii) zwrotu. Bywa więc, że „zainteresowało mnie” staje się niczym innym tylko pewną grą słowną, w której stawką jest kontynuowanie rozmowy. Ileż to znaczeń i stanów umysłów terapeutów może oddawać wyrażenie „zainteresowało mnie”. Dopiero analiza tych różnych znaczeń byłaby doprawdy fascynująca. Ale tu wchodzimy już na teren innej gry terapeutycznej, w której to, co mówi nasz Rozmówca, stanowi tylko pretekst do zafascynowania się analizą własnego strumienia terapeutycznej świadomości (nazwijmy tą grę – grą w Narcyza). O tym jednak innym razem.

22:00, pozadomem
Link Komentarze (1) »
piątek, 17 lipca 2009

Wróciłem tydzień temu z konferencji poświęconej terapii narracyjnej, która odbywała się w Brighton. Konferencja jak to konferencja – od dłuższego już czasu straciłem szczególne nabożeństwo do konferencji. Pozwalają one oczywiście „trzymać rękę na pulsie”, no i poza tym pełnią charakter towarzyski. W sensie merytorycznym chyba rzadko okazują się owocne, co nie znaczy, że inne ich funkcje bym lekceważył.

W Brighton prowadziłem warsztat poświęcony tragedii i narracjom. Skupiłem się głównie na tragedii obozów koncentracyjnych i w tym kontekście chciałem zachęcić uczestników warsztatu do refleksji nad założeniami konstrukcjonizmu społecznego. Udało mi się to tylko częściowo, ale chciałem się podzielić własnymi przemyśleniami, które narodziły się z namysłu nad obozami.

W psychoterapii dużo uwagi poświęcamy wolności. Nasi Rozmówcy stają się wolni od różnego rodzaju historii, którymi dotychczas żyli, a które wiązały się z jakąś formą cierpienia. Mniej górnolotnie, w wyniku terapii, Rozmówcy uwalniają się od symptomów różnych zaburzeń, od fobii, depresji, ataków paniki. Między innymi dzięki spotkaniu z terapeutą zyskują wolność wyborów, mają odwagę kształtować swoją przyszłość w bardziej niezależny niż dotychczas sposób itd.

Dawno temu czytałem już jednak esej prof. Wciórki, który bardzo wyraźnie mówił, że wolności powinna towarzyszyć odpowiedzialność. Myśl oczywiście nie jest jakaś wyjątkowo oryginalna, ale powróciła do mnie niespodziewanie w kontekście rozmyślań nad obozami. Dlaczego?

Gdy przygotowywałem się do warsztatów (zresztą jak i w ich trakcie) „ostrzeżono” mnie, że zajmując się warsztatami wkraczam na pole czegoś, co dla siebie nazwałem „żydowską wrażliwością”. Otóż obozy koncentracyjne stały się bez wątpienia jednym z najbardziej znanych znaków Holokaustu – rozdzierająco bolesnym znakiem. Tragedia narodu żydowskiego była i jest niewyobrażalna, poza słowami. Zresztą to było jedną z tez mojego wystąpienia: historie to nie wszystko, cierpienie wykracza poza historie i nie należy mylić historii o cierpieniu z samym doświadczeniem cierpienia.

Część moich kolegów (z tzw. zachodnich krajów), przyjmując postawę „wrażliwości na żydowskie kwestie”, woli milczeć w obliczu tragedii obozów koncentracyjnych, wychodząc z założenia, że mówienie o obozach przynależy głównie Żydom, bo dla nich ta tragedia ma szczególne znaczenie. Ja jednak, absolutnie nie kwestionując szczególnego cierpienia narodu żydowskiego, zastanawiam się nad konsekwencjami przyjęcia tego stanowiska.

Stojąc na straży „żydowskiej wrażliwości” łatwo obozy zacząć traktować jako tragedię wyłącznie narodu żydowskiego. Pomijając historyczną fałszywość takiego stanowiska (nie tylko Żydzi ginęli w obozach), obawiam się, że wtedy przestajemy przyjmować odpowiedzialność za tragedię obozów. Owszem, szanujemy tych ludzi, stajemy w ciszy wobec tej tragedii, ale nie jesteśmy za nią odpowiedzialni. To tak, jak z angielskim słowem acknowledgement (nie ma dobrego odpowiednika w języku polskim). Można „acknowledge” (uszanować) czyjeś cierpienie, ale ja myślę, że to za mało. My powinniśmy odpowiedzieć na to cierpienie (to respond). Dla mnie odpowiedzią jest przyjęcie odpowiedzialności. Tak, to my wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za obozy, i Ty, i Pani, i Pan i ja, niezależnie, czy jesteśmy Żydami, czy też nie.

Wracając do terapii – obok wolności ważną wartością w terapii staje się dla mnie odpowiedzialność – zarówno moja odpowiedzialność jako terapeuty, jak i odpowiedzialność mojego Rozmówcy za siebie, za swoje życie, za historie, które na nowo opowiada. Jak promować tę odpowiedzialność? Jak współtworzyć narracje o odpowiedzialności w trakcie spotkań terapeutycznych? Jak pozostać wolnym, ale odpowiadać za tę wolność, podjąć ją w sposób odpowiedzialny?

21:24, pozadomem
Link Komentarze (1) »
niedziela, 05 lipca 2009

Zapraszam wszystkich zainteresowanych na pierwszy w Polsce kurs terapii narracyjnej. Jest organizowany przy współpracy z Centre for Narrative Practice oraz Maboru. Sześciodniowy kurs będzie prowadził Hugh Fox, który jest jednym z najbardziej znanych terapeutów narracyjnych w Wielkiej Brytanii. Ja będę go wspierał, a przy okazji sam się uczył. To, co ja mogę też dodać, to pewne „akademickie” uporządkowanie terapeutycznych refleksji.

Uczestniczyłem w warsztatach Hugh w Manchesterze. Dobrze wyważył czas poświęcony na ćwiczenia, rozmowy oraz część wykładową. Poza tym facet ma na prawdę duże doświadczenie i jest sympatyczny.

Kurs zakończy się uzyskaniem brytyjskiego dyplomu uczestnictwa w kursie terapii narracyjnej (level 1)!

Więcej informacji znajduje się na stronie Maboru. Serdecznie zapraszam.     

17:51, pozadomem
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 lipca 2009

• Wyjątki – historie , zdarzenia, które nie są zgodne z dominującą historią; podważają ją; wyjątki zdarzają się wtedy, gdy Rozmówcy udało się "przechytrzyć" problem.

• Termin używany przez White’a, a pochodzący z pracy Ervina Goffmana.

• Wyjątki są lekceważone przez Rozmówcę, gdyż nie pasują do dominującej historii, pozostają nierozpoznane i nieopowiedziane, wyjątki wzbogacają i zmieniają dominującą historię.

wyjątki

Wyjątkowe nie jest zdjęcie samo w sobie. Wyjątkowe nie jest również to, że pod czadorem mogą być ukrywane (lub eksponowane w kontraście do niego) minispódniczka, pończochy lub buty na wysokich obcasach. W końcu w bogatych krajach arabskich nowoczesne kobiety dbają o podkreślenie swojej kobiecości, nawet jeśli ukrywają ją przed oczami zewnętrznego świata. Dużo czasu i pieniędzy inwestują również w podkreślanie oraz ozdabianie dłoni i oczu, np. obserwuje się tam wysoką sprzedaż szkieł kontaktowych zmieniających kolor tęczówki. Wyjątkowa nie jest zapewne również reakcja kobiet „Świata Zachodniego” na czador czyli… natychmiastowa chęć przymierzenia go. Obserwuję ją u wszystkich moich gości bez względu na wiek i przekonania. Również niektórzy mężczyźni chcą go przymierzyć. Co ciekawe, męski strój pochodzący z tego samego rejonu, choć egzotyczny, nie wzbudza takiego pragnienia. Wyjątkowa natomiast wydaje mi się ta chwila, kiedy czador przesłania świat, a także ta krótka chwila ulgi po jego zdjęciu. Poczucie odmienności. Chwilowe, umowne zresztą, pozbawienie się kobiecości, ale nawet i człowieczeństwa i przynależnych z jego racji, zdawałoby się niezbywalnych, praw, np. do wolnego wyboru. Wyjątkowe wydaje mi się to chwilowe przerażenie „przecież nic nie widzę, przecież niczego nie mogę zrobić”, które szybko jest bagatelizowane. Dotknięcie prawdziwego problemu, przy zbyt szybkim i gwałtownym skróceniu dystansu, jest na tyle zagrażające, że uniemożliwia refleksję. Wyjątkowe więc wydaje mi się bagatelizowanie. Wyjątkowe wydaje mi się poczucie wolności zyskane dzięki nałożeniu czadoru przez kobietę, która na co dzień nie musi go nosić.

Monika Rybak

 

11:18, pozadomem
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 czerwca 2009

Czasami spotykam się z pytaniem: „Czy powinnam/powinienem zgłosić się na psychoterapię?” Kiedy odpowiadam: NIE WIEM, A JAK TY SĄDZISZ? – słyszę: „No tak, typowy psychoterapeuta. Nie możesz mi po prostu odpowiedzieć?”. ALE JA NAPRAWDĘ NIE WIEM – tak jak nie wiem, co ludzie powinni robić, aby być szczęśliwi i jak powinni żyć. Albo może inaczej: WIEM W TYCH SPRAWACH TYLE SAMO, CO INNI.

Wracając jednak do wyjściowego pytania i do mojej odpowiedzi na nie. Jeśli się wahasz, to zastanów się nad wszelkimi za i przeciw. Psychoterapia daje nadzieję na zmianę. Co Tobie uwiera? Czego masz dosyć i jak bardzo masz tego dosyć?  Jakie historie z Twojego życia doprowadziły Cie do punktu, w którym zaczęłaś/zacząłeś rozważać podjęcie psychoterapii? Jakie są Twoje nadzieje? Jestem za tym, aby też bardzo poważnie przyjrzeć się wszystkim przeciw. Niektórzy powiedzą, że te przeciw to po prostu opór, czyli lęk przed zmianą. Nie do końca lubię ten termin, tj. opór – bo myślę, że jest często nadużywany przez terapeutów (ale to temat na inny wpis). Niezależnie jednak jak to nazwę, trzeba się zastanowić, co OPÓR (lęk przed zmianą) chce Tobie ważnego powiedzieć? Przed czym Ciebie przestrzega? Jakie OPÓR widzi minusy?

Psychoterapia to też w końcu wydatek Twoich pieniędzy i poświęcenie czasu. Wcale nie lekceważyłbym tych czynników. Inwestujesz w coś i masz tylko mglistą nadzieję, że to się zwróci. Poza tym raptem przyjdzie miłe popołudnie, ciepło, poszłoby się na kawę albo do ulubionej księgarni (by sięgnąć po ten bardziej wyrafinowany sposób wydawania pieniędzy), a tu umówiona wizyta u terapeuty, który będzie zadawał nie zawsze wygodne pytania, albo co gorsza spyta się Ciebie: O czym chciałby Pani dziś porozmawiać? (O nie! Niech to on dziś wymyśli, ma jakiś plan! No musi mieć plan leczenia mnie!).               

Zastanów się też, co chciałabyś/chciałbyś uzyskać dzięki wizycie u terapeuty. W czym ma Tobie pomóc ta wizyta? Co chcesz zmienić i co ta zmiana pociągnie za sobą? Odpowiedzi na te pytanie i tak nie unikniesz. Zada je (a przynajmniej powinien je zadać) Twój psychoterapeuta. A może to ktoś Ciebie wysyła na terapię? Może słyszysz, że powinnaś się leczyć? Co ta osoba ma na myśli? Co ją niepokoi? A co Ty na to?       

Oczywiście pamiętaj też, że można się całe życie wahać. Możesz, co pewien czas wybierać się na psychoterapię, rozważać to, przemyśliwać i stać w miejscu… Po pierwsze może są jakieś poważne powody tego wahania? Może się czegoś obawiasz? A może po porostu nie jesteś pewien/pewna, czy chcesz podjąć cały ten trud związany z terapią, czy się będzie opłacało? Czy warto, czy będą jakieś zyski? Możesz w końcu iść do terapeuty i przedstawić mu swoje wątpliwości. Oczywiście wiesz, że ona/on za Ciebie decyzji nie podejmie, ale czasami w rozmowie może wyklarować się Tobie wiele spraw. Mówiąc i słuchając, co ma Tobie do powiedzenia druga osoba, precyzujesz sama/sam dla siebie swoje poglądy. To trochę tak, jakby przeglądać się w lustrze. Można przyjrzeć się swoim własnym słowom i zastanowić się: czego ja właściwie chcę? Tylko proszę, nie obrażaj się, gdy usłyszysz: „Może niech lepiej Pani/Pan dobrze przemyśli swoją decyzję.”

22:01, pozadomem
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 maja 2009

Wczoraj uczestniczyłem w spacerze organizowanym przez Gazetę Wyborczą - tym razem po Stradomiu i chrześcijańskiej części Kazimierza. Lubię te spacery, gdyż zwracają mi uwagę na zwykle pomijane przeze mnie detale: tu jakieś ładna fasada, tam drobny detal architektoniczny, perspektywa ciesząca oko. Zresztą tak, między innymi, rozumiem WIEDZĘ. Moja wiedza jako psychoterapeuty nie czyni mnie ekspertem od życia innych, ale raczej bardziej wprawnym obserwatorem. Wiedza pomaga mi dostrzegać i kojarzyć różne fakty, zjawiska, a także proponuje pewien sposób ich rozumienia. To tak, jak patrzeć niewprawnym okiem na obrazy. Obraz mi się podoba, czasem dostrzegę jakiś szczegół, czasem coś zwróci moją uwagę, ale dopiero, gdy czytam jego opis (konieczny przygotowany przez kogoś, kto naprawdę potrafi to robić), mogę dostrzec całe bogactwo dzieła. Podobnie przewodnik w trakcie spaceru mówi: o tam, ta brama, zajrzyj tam, podnieś głowę, a tu było to i to.

Wczoraj jednak jedno miejsce mnie zupełnie uwiodło. Otóż pozwolono nam wejść do klasztoru Ojców Misjonarzy. Najpierw miłe zaskoczenie – uroczy wirydarz – kwintesencja spokoju i wyważenia. Potem jednak coś, co zrobiło na wielu duże wrażenie: ogrody przyklasztorne. Nigdy nie zastawiałem się, co kryje się w środku wyznaczonym przez ulice Sebastiana, Dietla i Gertrudy. Cóż, pewnie kamienice, myślałem, a raczej nie myślałem, tylko zakładałem. Jest tam jednak ukryty naprawdę duży ogród, a nawet raczej park. Ramy dla niego stanowią ściany okolicznych kamienic – nie zawsze pięknie zadbanych, co jeszcze tylko podkreśla urodę tego miejsca.

Ogród zadbany, ale też z drugiej strony momentami pozostawiony samemu sobie, tak że nie jest przytłaczający uporządkowaniem. Wiosna dodawała świeżości, a nagłe wyłączenie tego obszaru z miasta powodowało wrażenie enklawy. Ukryty spokój. Ciekawe, ile miejsc i ludzi mijam w biegu, pozostawiając nierozpoznane to, co w nich ukryte?    

06:17, pozadomem
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 maja 2009

Godzina 6.00 rano, niedziela, słyszę za oknem gwar. Przypominam, 6.00 rano, niedziela! Katarzyna oblepiona kramami, a na nich bardzo żółte i bardzo czerwone cukierki, obok plastikowe pistolety i toruńskie pierniki z Krakowa, wata cukrowa oraz krówki, lizaki, wisiorki i inna biżuteria – słowem POSTMODERNIZM, czyli odpust. Zapach kawy z termosów pomieszany z jakimiś kościelnymi melodiami.

Postmodernizm mam w głowie – przygotowuję warsztaty poświęcone krótkoterminowej terapii skupionej na rozwiązaniu, czytam jednocześnie książkę „Najpierw wytresuj kurczaka” i piszę rozdział o terapii poznawczej pacjentów z zaburzeniami osobowości.

Radość mi sprawia lektura wspomnianej książki. Autorka, treserka zwierząt, stara się przekonać czytelnika do stosowania prostych zasad behawioryzmu w życiu codziennym. Idąc za jej podpowiedziami, staram się uwarunkować moich znajomych na dwa sformułowania (może kiedyś się przyda mi ten trening). Jedno z nich to: ZŁY KURCZAK – to ma być wzmocnienie negatywne. Gdy więc dzisiaj rano biegali wokół Wawelu i narzekali, że za chwilę wyzioną ducha, odpowiadałem tylko: ZŁY KURCZAK. Podobnie rzecz się miała wczoraj, gdy ni stąd, ni z owąd odcięli Internet w Kolorach. Zamiast tradycyjnego narzekania powtarzałem tylko: ZŁY KURCZAK. Za to, gdy pijemy kawę i przychodzi błogi moment (acz krótki) orzeźwienia – nadchodzi czas na wzmocnienie pozytywne: DOBRA KROWA (nie pytajcie się mnie, dlaczego Krowa, krowy są po prostu cute). DOBRA KROWA pojawiła się także wczoraj w schronisku na Kudłaczach. Rozparci na ławeczce, z piwem, mogliśmy kontemplować Beskid Makowski – i naprawdę nie musiałem już iść na film „Wino truskawkowe” , aby zanurzyć się w uroku Małopolski. Ja byłem częścią tego rozkosznego krajobrazu, jeszcze zachowującego świeżość wiosny, łagodnie sączącego się w słońcu. Słowem DOBRA KROWA.

Chyba życie jest jednak trochę bardziej skomplikowane, niż to zawarte pomiędzy tymi dwoma określeniami: DOBRA KROWA i ZŁY KURCZAK, ale czasami dobrze przypomnieć sobie o regułach behawioryzmu.

13:16, pozadomem
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 maja 2009

Wpis miał być poświęcony czemuś bardziej wzniosłemu, ale atmosfera majówki udzieliła się też mi i w związku z tym chciałem się podzielić kilkoma (nie najważniejszymi spostrzeżeniami).

Upadki

- „Oscypek na boczuszku” na Starych Wierchach – czegoś tak okropnego dawano już nie jadłem: pięć sparciałych oscypków na grubym kawale boczku (miała być do tego jeszcze żurawina, ale się skończyła, za co nawet nie mam pretensji, bo to przecież schronisko, a nie restauracja); mimo że boczek w ¾ zostawiłem, mam jego dosyć na długo; skusiłem się, bo nie wiedzieć czemu wyobraziłem sobie świeżutki oscypek w plasterku boczku z kroplą żurawiny.

- Subway na Kazmierzu. What? Tak, niestety to znak komercjalizacji tego miejsca. Jednocześnie zlikwidowano mi monopolowy na pl. Nowym. Ok. – nigdy tam nic nie kupiłem i raczej omijałem to miejsce szerokim łukiem, ale z drugiej strony są takie miejsca, które są ważne, bo są częścią tożsamości danego miejsca. Na Kazimierzu coraz więcej knajpek z podświetlonymi barami wypolerowanymi na wysoki połysk. A ja wciąż pamiętam Brewerie i piękne, olbrzymie akwarium. Kurczy się ten Kazimierz.  

- Wesołe miasteczko pod Wawelem. Tak w PL-u mamy mało pięknych widoków miast, a to jedno z miejsc szczególnych. Gdyby mi kiedyś przyszło na stale mieszkać za granicą, za tym widokiem bym tęsknił. Dlaczego więc nie szanujecie tych widoków! Pamiętam rok temu na Rynku jakieś drugorzędne festiwale, np. disco ukraińskiego. Te wesołe miasteczko to kontynuacja tej jarmarcznej tradycji. Po drugiej stronie Wisły – ok. Zasłania szpetny hotel. Ale po mojej stronie – to mnie po prostu boli.   

Wysokie Loty

- Bagelmama na Kazimierzu – byłem tam już drugi raz, drugi raz jadłem BLT i drugi raz byłem kontent. Tym razem skusiłem się jeszcze dodatkowo na bajgla (cynamonowego) ze słodkim serkiem, orzechami i miodem – znów sukces. Miła atmosfera – trochę polska, trochę z USA.

- Kontynuując poszukiwania śladów wspomnień brytyjskich, skusiłem się na polską wersję „ale”, chyba Bursztyn. Knajpa (obok Bajgli) dość przeciętna, ale piwo naprawdę dobre.

- Wznowienie (coroczne) działalność Grilla na Kazmierzu - to już tradycja, więc ze wzruszeniem kupowałem oscypki i ogórki małosolne, aby przegryźć nimi caipirozki pite w Kolorach. Pani Bożenko, dziękuję Pani – anonimowy wielbiciel Pani talentu!

Znaki zapytania?

- Non Iron Pub w Krakowie – podobno miejsce, gdzie można obejrzeć rugby w Krakowie, a dziś ma być transmisja półfinałów Heinekena. Gdy zadzwoniłem, aby upewnić się, czy przewidują transmisję, miła Pani nic o meczu nie wiedziała – nieźle, jak na rugby pub.

19:17, pozadomem
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4